Unique Melody MEST – powiew świeżości

Unique Melody MEST to słuchawki, które ostatnio narobiły sporo zamieszania na rynku audio. Z marki wcześniej raczej mało popularnej na naszym rynku (choć istniejącej już od dobrych 10 lat) stały się marką rozpoznawalną, pojawiły się również w polskiej oficjalnej dystrybucji. Sam zbierałem się do ich zakupu dość długo, by nie powiedzieć że zakupiłem je dopiero wraz z premierą następcy.
O co tyle zamieszania i czy cały ten hype ma jakieś uzasadnienie? O tym poniżej.

Zawartość opakowania

Słuchawki otrzymujemy w gustownym, niewielkim pudełeczku. Wewnątrz znajdziemy zapinane etui Dignis, a więc nie byle jakie. Możemy już poczuć się trochę premium. Etui jest do tego całkiem funkcjonalne, zawiera dwie osobne przegródki na słuchawki oraz jedną większą na kabel i ewentualnie jakieś akcesoria. Oprócz tego mamy tradycyjnie tipsy, ściereczkę do pielęgnacji oraz plastikową kartę gwarancyjną. Wyposażenie więc raczej tradycyjne, nie licząc wspomnianego miłego akcentu w postaci etui Dignis.

Wygląd i budowa

Słuchawki wyglądają dość zwyczajnie jak na półkę cenową którą reprezentują. Oficjalna cena na polskim rynku to 6499zł. Czy to dużo? Na pewno niemało, ale znajdzie się całkiem sporo znacznie droższych konkurentów. Mamy więc słuchawki wykonane z tworzywa z niewielkimi  zdobieniami w postaci zatopionych w masie jakby metalowych wstążek. Tak to przynajmniej wygląda na pierwszy rzut oka. Co do jakości wykonania – brak jakichkolwiek zastrzeżeń z mojej strony. Jest wzorowo.
O ile na zewnątrz jest raczej typowo, by nie powiedzieć zwyczajnie, w środku zaczyna robić się ciekawie. W odróżnieniu od większości konstrukcji hybrydowych gdzie mamy miksy dwóch lub maksymalnie trzech technologii, tu mamy aż cztery typy przetworników. Mamy więc:

  • dynamik odpowiedzialny tradycyjnie za niskie tony,
  • dwie armatury odpowiedzielne za tony średnie i wysokie,
  • dwie armatury odpowiedzialne za tony wysokie,
  • dwa elektrostaty odpowiedzialne za tony ultra-wysokie,
  • Pojedynczy przetwornik wykorzystujący zjawisko przewodnictwa kostnego, jako wisienka na torcie ;).

Łącznie mamy 8 przetworników na stronę w czterech technologiach. Dzieje się.
Tradycyjnie poszukam czegoś, do czego można się przyczepić 😉 i na pewno można tu wspomnieć o nietypowym dwupinowym gnieździe, wystającym z obudowy i przystosowanym do kabla ze schowanymi pinami. Z tego co wiem, w polskiej dystrybucji miały być normalne gniazda, ja jednak dysponuję egzemplarzem zakupionym w MusicTeck. Dlaczego się czepiam? Ponieważ trochę nam to ogranicza zastosowanie kabli aftermarketowych. Wprawdzie firmowy kabel jest, muszę przyznać, niezłej jakości, jednak z pewnością za pomocą odpowiedniego kabla możemy trochę poprawić jeszcze brzmienie naszych słuchawek.
Oczywiście zanim miałem okazję po raz pierwszy posłuchać słuchawek, moje największe zainteresowanie wzbudzało zaimplementowanie przetwornika wykorzystującego przewodnictwo kostne. Czy będzie bolała mnie głowa po dłuższych odsłuchać, czy będę wyczuwał jakieś wibracje? Na szczęście nic z tych rzeczy. Bardzo starałem się wyczuć jakieś drgania, ale nie udało się.  Zresztą ile w tym prawdy, a ile marketingu, tego nie wiadomo. Faktem jest, że muszla w żaden sposób nie ma bezpośredniego kontaktu z tkanką kostną. Zostawmy może jednak ten temat i po prostu delektujmy się dźwiękiem.

 

Analiza dźwięku

MEST to dla mnie słuchawki grające na planie lekkiego U z dość mocno wyeksponowanymi wysokimi tonami. Wypada w tym miejscu podkreślić, że słuchawki są wyjątkowo podatne na zmianę tipsów i potrafią zagrać różnie. Ogólny charakter oczywiście zachowują, ale odpowiedni dobór nakładek może sporo namieszać. Najsilniej odczułem to podczas odsłuchu Angel of Death Slayer’a. Z moimi ulubionymi tipsami czyli Symbio wokal miejscami niknął lekko gdzieś za gitarami. Uznałem to za wadę, ponieważ akurat w tym utworze wokal robi dobrą robotę i jego wycofanie zdecydowanie szkodzi odbiorowi. Przyznam, że taką łatkę już Mestom przypiąłem i się z tym pogodziłem. Coś mnie jednak podkusiło i zamieniłem Symbio na SpinFit. Sporo się zmieniło. Może to nie zwrot o 180 stopni, jednak zmiany są zauważalne, a szczególnie zauważalne jest wysunięcie wokalu w porównaniu do odsłuchów z Symbio. To nadal nie jest wokal „w twarz” zdecydowanie wysuwający się przed szereg, ale na pewno nigdzie się nie chowa.
Mest to słuchawki wg mnie dość wyrównane tonalnie w większości pasma, za wyjątkiem góry, dość zauważalnie wzmocnionej.
Bas jest nieco podkreślony, ale nadal zachowuje lekko referencyjny charakter. Słuchawki wykazują się tu sporą transparentnością i jeśli mamy utwór z duża ilością basu, to ten bas zostanie oddany. Jeśli nie, nic nie będzie dodawane na siłę. Trochę kojarzy mi się to z graniem Noble Zephyr. Sporo zależy więc od realizacji i jeśli mamy dość płaską ścieżkę to tak ona zabrzmi. Kontrola jest na wysokim poziomie. Dynamik daje tu radę, przy czym wydaje się całkiem szybki.
Średnica technicznie jest dość szczegółowa, złożona choć pod tym względem nie jest to jeszcze słuchawkowy top. Przykładowo posiadane przeze mnie ongiś Khany tych szczegółów ujawniały więcej. Poziom jest jednak i tak bardzo dobry, a weźmy pod uwagę, że nie są to flagowe słuchawki tego producenta. Wiadomo, że flagowce muszą być lepsze 😉 W tym miejscu przyczepiłbym się do dociążenia średnicy, które wg mnie mogłoby być lepsze. Nie mam tu na myśli większego podbicia basu wlewającego się po prostu na średnicę i przy okazji trochę ją degradującego lecz takie pogrubienie jej samo w sobie. Ot coś takiego jak mamy w Noble Sultan. To zresztą kwestia gustu, nie każdy lubi by słuchawki grały średnicowo i jakoś to pasmo faworyzowały. Poza tym średnica jest żywiołowa i ekscytująca, bardzo dobrze poukładana i nic nie zlewa się w całość.
Góra jest świetna. W skrócie określiłbym ją jako pełną, bez niepotrzebnych podbić i wycofań. Podbicie mamy wprawdzie powyżej 10 kHz, ale to już w zasadzie na skraju percepcji. Ta pełnia sprawia, że może nie czujemy takiego efektu rozciągnięcia, ale to rozciągnięcie jest. Soprany są  bardzo energetyczne, iskrzące wręcz, słuchawki sprawdzą się na pewno we wszystkich energetycznych gatunkach. Tych lżejszych i tych cięższych również.
Dodajmy jeszcze, że scena jest szeroka, napowietrzona, a separacja na wysokim poziomie, dzięki czemu uzyskujemy odczucie sporej przestrzeni.

Podsumowanie

Trudno byłoby mi nie polubić Mestów. To najlepsze słuchawki jakich posłuchałem po raz pierwszy  w tym roku i spore pozytywne zaskoczenia. Wygląda na to, że całe zainteresowanie wokół nich nie wzięło się tym razem z byle czego, a słuchawki zasługują na uwagę. Że nie zawsze tak jest wie chyba każdy. Ja sam przekonałem się o tym kilkukrotnie.
Za 6499 zł otrzymujemy słuchawki bardzo uniwersalne, mogące świetnie sprawdzić się prawie w każdym rodzaju muzyki. Choć z pewnością można znaleźć słuchawki robiące coś lepiej, to jednak na tym poziomie cenowym ciężko szukać takich, które byłyby jednocześnie uniwersalne. Polecić można je prawie każdemu, za wyjątkiem może basshead’ów. Dla nich basu może być zbyt mało i powinni raczej skierować uwagę na Mest mk2 lub szukać w ofercie innych producentów.

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Tomasz

Blogger? ;)

Blogger – amator, pasjonat muzyki i sprzętu umożliwiającego jej odtwarzanie.

Tomasz Mirowski

Moje ulubione
Potencjalny sponsoring
Inne