Campfire Audio Dorado 2020

Dorado 2020 to druga odsłona tego hybrydowego modelu od Campfire Audio. Pierwowzór zadebiutował, podobnie jak w przypadku Andromed, w roku 2016. W odróżnieniu od nich Dorado do tej pory nie miały następcy. W ramach ubiegłorocznego odświeżania linii zaprezentowana została wersja oznaczona jako 2020, mamy więc podobne nazewnictwo jak w przypadku innych odświeżonych modeli.
Oryginalnych Dorado słuchałem dość dawno, na samym początku mojej słuchawkowej przygody. Zrobiły wtedy na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Zabrzmiały trochę jak Andromedy, z większą ilością basu generowanego przez przetwornik dynamiczny. Przewinęła mi się wtedy taka myśl, że gdyby dodać go w Andromedach, wówczas mielibyśmy słuchawki niemal idealne. Jak więc ma się do nich nowa wersja? Czy to rozwiniecie „starych Dorado” czy zupełnie nowe słuchawki?

Zawartość opakowania

Słuchawki otrzymujemy w charakterystycznym dla CA kartonowym opakowaniu, a jego zawartość nie odbiega od zawartości opakowań pozostałych produktów amerykańskiej firmy.

Mamy więc:

– słuchawki Dorado 2020,
– tipsy Final e-tips,
– pianki,
– tipsy silikonowe,
– czyścik,
– 3 woreczki ochronne na słuchawki,
– etui,
– kabel SPC Litz,
– znaczek CA.

 

Wygląd i budowa

Dorado 2020 to nadal słuchawki hybrydowe. Za niskie i większość średnich częstotliwości odpowiedzialny jest 10-cio milimetrowy dynamik, za resztę pojedyncza armatura. Oryginalnie przetwornik dynamiczny miał średnicę 8.5mm, a przetworniki armaturowe były dwa. Armatura umieszczona  jest bardzo blisko grilla, w zasadzie w tulejce, zapewne by zapewnić nam pełniejsze wrażenia.  Obudowa to tym razem nie metal lecz ceramika. Jest dokładnie taka sama jak w przypadku Vega 2020, różni się kolorem. Do jakości wykonania nie mam żadnych zastrzeżeń, można ją uznać za wzorcową. Słuchawki wyglądają jakby były wykonane z jednego kawałka materiału. Są większe od pierwowzoru, a właściwie grubsze. Dzięki temu, przynajmniej dla mnie, aplikacja jest wygodniejsza, a seal łatwiejszy do uzyskania.

 

Analiza dźwięku

Budowa budową, wygląd wyglądem jednak jak zwykle najważniejszy jest dźwięk.  Jak więc grają Dorado w wersji 2020?
Mamy tu do czynienia chyba  z najbardziej rozrywkowym graniem od Campfire Audio. Zgodnie z przewidywaniem jest to granie na planie V o nieco lepszej dynamice niż pierwowzór. To pewnie zasługa większego przetwornika dynamicznego. Mamy więc dominujący bas, ale dość dobrze kontrolowany, nie rozlewający się na wyższe częstotliwości. Jest dość zrównoważony i nie podany w nadmiernej ilości. Dla zadeklarowanych, ortodoksyjnych basshead’ów może być go nawet za mało. Na pewno nie będzie tyle to w słuchawkach Empire Ears jak choćby Nemesis, nie wspominając już o o Legend X itp. Tak więc bas mamy podbity, natomiast niższa średnica jest z kolei przygaszona. To jej wycofanie stopniowo narasta, aż do wyższych rejestrów, które już znacząco wycofane nie są. Potęguje to wrażenie rozrywkowego grania, powodując jednak zauważalne wycofanie pewnych instrumentów, a zarazem maleje uniwersalność słuchawek. Nie we wszystkich gatunkach sprawdzą się równie dobrze, przykładowo wycofanie gitar w cięższych brzmieniach większość słuchaczy potraktuje pewnie jako wadę. Z kolei w nowoczesnych brzmieniach nie będzie to miało znaczenia, a podbicie basu i sopranów (o tym później) przełoży się na dobry odbiór.
Soprany są zauważalnie uwydatnione, jednak dość twarde, ostre. Przyczyny upatrywałbym w ich podbiciu w początkowym zakresie, a następnie spadku od poziomu około 6kHz. Brakuje więc odczuwalnego rozciągnięcia, dopełnienia.
Scena jest powiedziałbym raczej typowa w tym przedziale cenowym. Jest niezła, ale też niczym szczególnym się nie wyróżnia. Mamy tu do czynienia ze stereofonią, nie usłyszymy raczej niczego „dookoła głowy”. Separacja instrumentów wypada za to bardzo dobrze. Z wokalami bywa różnie, ale raczej nie są podane prosto w twarz, nieco oddalone, dla mnie nawet za bardzo.
Osobiście ciekaw byłem zestawienia Dorado z Vega 2020. Obie pary mają strojenie na planie V, oba z założenia są raczej rozrywkowe. Zadanie realizują innymi środkami, w Dorado mamy hybrydę dynamika i armatury, w Vega za całość pasma odpowiada pojedynczy dynamik, bardzo podobny do tego z Dorado. Czy więc mamy bardzo podobnie grające słuchawki, o nieco bardziej rozbudowanej górze w przypadku hybrydy? Otóż niekoniecznie. Pomimo w zasadzie takiego samego przetwornika dynamicznego w Vegach jest więcej basu, który jest też wolniejszy, a przy tym wydaje się nieco lepiej kontrolowany. Silniej o swojej obecności dają tu też znać średnie tony. Z kolei soprany są bardziej energetyczne, lale za to słabiej rozciągnięte. Pojedynczy dynamik nie jest tak uniwersalny jak połączenie dwóch rożnych przetworników.

Podsumowanie

Jak więc podsumowałbym wrażenia z obcowania z Dorado 2020? Czy trafiły w mój gust i chętnie polecę je wszystkim melomanom? Otóż nie. Nie chciałbym ich krzywdzić swoją subiektywną opinią, jednak tylko taka może ona być. W sieci znajdziemy bez trudu wiele recenzji bardzo pochlebnych, wychwalających zalety tej odsłony. Ja jednak nie zgodzę się z nimi. Owszem, jeśli słuchamy nowoczesnych, popularnych gatunków, wówczas nie zwrócimy uwagi na większość rzeczy które mnie akurat się nie podobają.  Do takiej muzyki mógłbym polecić Dorado z czystym sumieniem, chociaż pewnie znalazłyby się słuchawki jeszcze lepiej tu pasujące. W innych jednak gatunkach, gdzie średnica odgrywa ważniejszą czy kluczową wręcz rolę, ja Dorado nie widzę. Średnica jest dla mnie za mało uwypuklona, rozdzielcza. Podobnie zresztą miałem z Solarisami 2020, gdzie tylko średnica mi nie pasowała. Jako treblehead mam również zastrzeżenia do góry, zbyt dla mnie mało rozdzielczej i rozciągniętej. W tym przedziale cenowym szukałbym jednak czegoś innego. A przedział to nie byle jaki, bowiem polska oficjalna cena to 4999zł. Według mnie słuchawki nie są warte tej ceny.

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin

Tomasz

Blogger? ;)

Blogger – amator, pasjonat muzyki i sprzętu umożliwiającego jej odtwarzanie.

Tomasz Mirowski

Moje ulubione
Potencjalny sponsoring
Inne